Poezja czekania

Davide Cali, Serge Bloch, A ja czekam… Tłumaczenie Julian Kutyła. Warszawa 2007. Wydawnictwo „Hokus – Pokus”.

             Czekania doświadczył każdy człowiek. Ileż sprzecznych uczuć, emocji i stanów ducha mu towarzyszy! Nadzieja i obawa, ciekawość i lęk, radosna ekscytacja i poczucie nudy, a także ból, a także  cierpienie… Czekanie to taki stan duszy, kiedy ocieramy się o Tajemnicę. Nasza myśl, a nawet cała nasza istota wybiega ku temu, co wciąż niewidzialne, temu, co zawieszone w dziwnej próżni pomiędzy naszą Teraźniejszością a Przyszłością, która się do nas zbliża, ale nie poznaliśmy jeszcze jej oblicza. Wiemy jedynie, że to „coś” już wkrótce nieodwołalnie stanie się naszą Teraźniejszością, czujemy się z tym  jakoś związani, ale mamy problem z uchwyceniem związku pomiędzy naszym Teraz a naszym Potem. W tej przestrzeni mieści się czekanie.

Jak to się często zdarza, gdy nie można czegoś pojąć i wystarczająco celnie nazwać w zwykłym języku (a tak jest właśnie z fenomenem czekania), w sukurs przychodzi poezja. Jednak tym razem chodzi o szczególną poezję – taką, mianowicie, która tkwi jednocześnie w słowach, obrazie i całej konstrukcji książki. Bowiem książka, o której tu mowa została nadzwyczaj spójnie skonstruowana właśnie z tych trzech, całkowicie równoprawnych  elementów, wspólnie budujących poetyckość całości: z historii opowiedzianej słowami (bardzo zresztą niewieloma), z minimalistycznego rysunku, stanowiącego ilustrację scenek czekania i z edytorskiego kształtu książki. Dwaj autorzy – David Cali (autor tekstu, urodzony w 1972 roku w Szwajcarii, zamieszkały obecnie w Genui a piszący po francusku, tworzy również komiksy i sztuki teatralne) i Serge Bloch (autor ilustracji i całej oprawy graficznej, urodzony w 1956 roku we Francji, absolwent studiów w zakresie dekoracji w Strasbourgu; obecnie dyrektor kreatywny w wydawnictwie „Bayard” i  znany w swoim kraju ilustrator wielu książek dla dzieci a także  ilustracji prasowych, zamieszczanych między innymi w prasie dziecięcej) postanowili stworzyć książeczkę („A ja czekam…”), gdzie razem próbują się zmierzyć z tajemnicą czekania. Nie mają zamiaru jej rozszyfrowywać, pozwalają jej pozostać sobą, czyli Tajemnicą. Pokazują jedynie, a robią to w zadziwiająco prosty sposób, jej zmienność a także bogactwo duchowych przeżyć wiążących się ze stanem czekania.  Historia opowiedziana słowami – to migawkowe scenki z różnych etapów życia chłopczyka, młodzieńca, dojrzałego mężczyzny, starca… Minimalistyczne rysunki, nakreślone delikatną, niezwykle subtelną kreską pokazują bohatera i najważniejsze dlań (jak się domyślamy) osoby mu towarzyszące. Czerwona kreska (na końcu zwija się w motek włóczki) biegnąca przez strony i przybierająca różne kształty i wymiary (w zależności od sytuacji zmienia się w smoczek, ozdobę we włosach mamy, łańcuch na choince, apaszkę na szyi ukochanej, pępowinę, wieniec pogrzebowy…) to z jednej strony symbol Tajemnicy czekania (które jest – jak nić ­– długie, tętni emocjami, namiętnościami, pulsuje życiem, musi więc być przedstawione za pomocą barwy czerwonej jak krew), z drugiej – unaocznienie więzi, jaka łączy człowieka z innymi ludźmi. W  ujęciu autorów nasze ludzkie czekanie jest niemal zawsze czekaniem na spotkanie z człowiekiem (w tym również  – z samym sobą: „Czekam aż urosnę”). Najbardziej chyba poruszającym miejscem w książce jest scena, gdzie widać bolesne nadwątlenie kreski – nici łączącej mężczyznę z kobietą. Ona leży płasko na łóżku, nad głową – przewód medycznego aparatu; nie ma wątpliwości –  umiera. On siedzi ze zwieszoną głową na szpitalnym krześle. Pomiędzy nimi rozciąga się, wciąż trzymana w dłoniach obojga, nić, w połowie swej długości tak wątła, że niemal już przerwana. Mężczyzna czeka: „że nie będzie już dłużej cierpiała”. Na następnej stronie brak słów… Jest tylko biała przestrzeń  pustej kartki a czerwona kreska –  nić zamienia się teraz w wieniec pogrzebowy, zawieszony na karawanie. Kroczą za nim najbliżsi: trzech zgarbionych mężczyzn (domyślamy się: to mąż i dwaj synowie).

Zarówno słowa (jest ich bardzo niewiele, a czasem ich nie ma – bo przecież bólu i cierpienia często nie chcemy i nie jesteśmy w stanie wyrazić słowami), jak i ilustracje rozmieszczone są w pustej, jednobarwnej przestrzeni – to biel, a tylko raz (gdy jest mowa o czekaniu „na buziaka przed snem” ) – rozmyty beż, kojarzący się z zapadającym mrokiem i ciepłem czekolady (być może wypitej przed snem przez chłopczyka o wielkich oczach)… Książka ma nietypowy, wydłużony kształt. To wstępny sygnał, by czytelnik, biorący ją do rąk, mógł od razu, wręcz fizycznie, uchwycić istotę fenomenu czekania.  Wiadomo, że jest ono przede wszystkim długie… Potem można się weń zagłębiać, odnajdując kolejne jego aspekty, śledząc przeżycia z nim związane. Ważne wydaje się, że klarowny, ascetyczny projekt graficzny tej książki, współtworząc –  wraz z krótkim tekstem – treść, bardzo mocno działa na różne sfery, uruchamia i wręcz idealnie harmonizuje sferę wrażliwości estetycznej, emocjonalnej i intelektualnej odbiorcy. Jest tu dużo powietrza, pustej przestrzeni, w której ma szansę zrodzić się  własna myśl odbiorcy, jego refleksja i wzruszenie. Ta książka jednocześnie zachwyca, wzrusza i intryguje. Adresatem może być dziecko, nastolatek i człowiek dorosły. Każdy, kto potrafi się na chwilę zatrzymać, zadziwić, zastanowić. Ten, kto jeszcze nigdy tego nie robił, kontaktując się z książką, ma teraz świetną okazję, by uczynić to po raz pierwszy. Uwaga ta dotyczy w tym samym stopniu małych dzieci, które, co najmniej tak samo jak dorosłych, pociąga odkrywanie Tajemnicy czekania (a także innych, także tu obecnych, towarzyszących jej tajemnic – na przykład tajemnicy narodzin, czy też tajemnicy śmierci bliskiego człowieka), jak i odbiorców starszych, dla których lektura bywa jedynie sposobem na „zabicie czasu”, narzędziem rozrywki bądź też zdobywaniem suchych informacji o faktach.  Ta  książka to potwierdzenie tezy Edwarda Stachury, który twierdził, że „wszystko jest poezja”. Duża jej dawka może kryć się w skromnej książeczce wydanej przez niewielką oficynę specjalizującą się w literaturze dziecięcej.

Hanna Diduszko